Offroadowa Namibia

Bezkresne pustynie i stepy, najwyższe na świecie wydmy, wyjątkowa flora i fauna. Krajobraz kompletnie pozbawiony urbanistycznych elementów, dzika przyroda, niczym nieskrępowana natura i bardziej niebieskie niż gdziekolwiek niebo – Namibia. Niezwykła pięciodniowa offroadowa przygoda 13 szczęśliwców zaczęła się na lotnisku we Frankfurcie nad Menem. Uczestnikami wyprawy byli zwycięzcy konkursu organizowanego przez Delticom, największego internetowego sprzedawcę ogumienia w Europie, oraz producenta opon Continental.    

20150611_Day 4_1604

Przygoda, na którą sami jeszcze będziemy musieli poczekać. Po wysłuchaniu opowieści upewniamy się tylko w przekonaniu, że warto!Dla tych, którzy też chcieliby odwiedzić Namibie, zapraszamy do przeczytania krótkiego wywiadu: 

 1.    Offroadowe szaleństwo, niezwykłe krajobrazy, trudny teren. Jak przygotowaliście załogę i pojazdy do takiej wyprawy?

Thierry Delesalle, członek ekipy wyjazdowej: Po pierwsze, wszyscy uczestnicy wzięli udział w briefingu, podczas którego dowiedzieli się jak specyficzny jest kraj, do którego jadą i czego mogą się tam spodziewać. Zostali też wyposażeni w odpowiednie ubrania oraz specjalne mapy od Continentala. Dla nas oczywiście bardzo ważne było, żeby nasze terenowe LandRovery wyposażone były w odpowiednie opony. Są one nie tylko gwarancją bezpieczeństwa dla uczestników, ale także pozwalają zachować mobilność w tym bardzo trudnym terenie. W razie awarii pomoc nie będzie na nas czekała za rogiem… Namibia jest prawie dwa razy tak duża jak Polska, natomiast zamieszkuje ją jedynie 2,2 miliona ludzi, co sprawia, że jest to jeden z najrzadziej zaludnionych krajów świata. Jest to oczywiście jeden z powodów, dla których Namibia jest tak czarująca.

 2.    Wydaje się, że Namibia to naprawdę magiczne i tajemnicze miejsce. Jakie wrażenia z tej offroadowej podróży najbardziej zapadły w pamięć uczestnikom? 

Na pewno możliwość zobaczenia dzikich afrykańskich zwierząt w ich naturalnym środowisku podczas wyprawy na safari była dla uczestników czymś fantastycznym. Największą atrakcją był chyba “Król Dżungli” – lew. Ale hipopotamy, słonie i aligatory widziane z bardzo bliska również przyprawiły niejednego o szybsze bicie serca. W Erindi Safari-Lodge, gdzie nasi podróżnicy spędzili pierwszą noc można było z tarasu obserwować przeróżne zwierzęta u wodopoju – ten liczący 70 000 hektarów rezerwat przyrody zamieszkuje ponad 10 000 gatunków zwierząt i 310 gatunków ptaków.

19

W Swakopmund, nadmorskim miasteczku w niemieckim stylu, można było z kolei podziwiać fenomenalne wydmy piaskowe, z których Namibia słynie na cały świat. Kolejny miejscem, które na długo pozostanie w pamięci była dolina Windhoek otoczona od wschodu górami Eos, od południa górami Auas, natomiast od zachodu i północy górami Khomas. Ogromne wrażenie robi także stolica Namibii Windhoek, której nazwa w języku Afrikaans oznacza “wietrzny zakątek”. Co ciekawe, w tym pełnym życia, liczącym 300 000 mieszkańców. mieście nie było ani jednego powiewu wiatru. Kolor nieba w Windhoek nie może się jednak równać z niczym!

20150610_Day 3_1002

 3.    Jakie wyzwania czekały na trasie na 13 uczestników oraz ich offroadowe LandRovery?

Pierwszym wyzwaniem, z jakim podróżnicy musieli się zmierzyć był ruch lewostronny obowiązujący w Namibii. Na szczęście okazało się, że można się do niego dość szybko przyzwyczaić. Największe wyzwania miały jednak dopiero nadejść, gdyż przewodnicy poprowadzili grupę z dala od utartych szlaków turystycznych, fundując im prawdziwe offroadowe niebo. Konwój wyruszył z wysokości 1 650 metrów nad poziomem morza i zjeżdżał w kierunku wybrzeża Oceanu Atlantyckiego. Trasa prowadziła jednak przez dziesiątki kilometrów kamienistych i piaszczystych pustyń; mało przyjazny teren dla kierowców. Niełatwej było na wybrzeżu. Dalsza trasa prowadziła wzdłuż plaży pokrytej bardzo miękkim i bardzo głębokim piaskiem. Pomimo napędu na cztery koła kilkakrotnie trzeba było pojazdy odkopywać z piasku. Mądrą wskazówką było tutaj spuszczenie nieco ciśnienia w oponach; dzięki temu opony 4×4 zyskały lepszą przyczepność na miękkim piasku. Wszystkie te wyzwania jednak tylko wzbogaciły uczestników naszej wyprawy i sprawiły, że była ona jeszcze bardziej interesująca. Myślę, że podróż do Namibii będzie zapamiętana przez szczęśliwą trzynastkę na długo. Wiem, że niektórzy z uczestników już planują powrót do tego niezwykłego kraju.

20150611_Day 4_1589

Wyjazdy offroadowe wymagają od ich uczestników dużego zgrania i współpracy. Gdy teren staje się na prawdę ciężki, wszyscy muszą pomagać aby odkopać się z nieraz głębokiego dołka :). My sami będziemy musieli parę treningów przed Afryką odbyć, aby jak najsprawniej działać podczas awaryjnych sytuacji. Oprócz tego, sama Namibia… ach! Jest to państwo, które bardzo chcę odwiedzić (szczególnie pustynia Namib, stykająca się z Oceanem Atlantyckim), więc zazdroszczę uczestnikom wyjazdu i będę musiała sama dopytać się o więcej szczegółów :). Offroad po pustyni… marzenie!

A Polskę to Ty widziałeś?

Taka o to sytuacja: wracasz z podróży, napakowany pozytywnymi wspomnieniami, idziesz na spotkanie ze znajomymi. Wokół Ciebie tłum, no bo przecież trzeba posłuchać podróżniczych opowieści. Nadchodzi pierwsze pytanie: dawaj, pochwal się, gdzie tym razem?  -A, no Polskę zwiedzałem. Nim się rozejrzysz, tłumu nie ma. Parę osób może zostanie z sympatii, a tylko pojedyncze jednostki będą prawdziwie zainteresowane tym co masz do powiedzenia. No bo serio, chcesz opowiadać o Polsce? W ogóle to gdzie tu można jeździć, nie ma co zwiedzać, .ble i w ogóle.

Trochę tak niestety teraz jest, że w rankingu „najfajniejszych wyjazdów” są te dalekie, jakże „egzotyczne”, a te bliskie stają się za to nudne, byle jakie i nie warte uwagi. A jako, że dużo podróżników chce być na fali, usiłując rozpalić iskierki w oczach słuchających nie może sobie pozwolić na nudne podróże po własnym kraju. No po prostu to nie przejdzie.

Nie będę teraz słodzić i pisać jaka Polska jest ach i och, nie zablokuję Wam granic, nie wstrzymam samolotów, protestu też mi się nie chce robić ale nie rozumiem, co takiego uwłaczającego jest w podróżach po własnym państwie? Bo znam osoby, które o dziwo (bo jak się chce to można mega tanio wyjechać w dalsze rejony świata) z  powodów finansowych czy też innych nie mogąc wyjechać za granicę, obrażają się i siedzą w domu, bo nie ma sensu marnować pieniędzy na wyjazd po Polsce. I ok, jeśli zbierasz na podróż życia, a w portfelu wciąż brak miliona monet to rozumiem, że lepiej pociułać i uzbierać. Jednak gdy widzę, że kogoś nosi na prawo i lewo, bo stacjonarne życie daje mu w kość to pukam się w czoło i zastanawiam czemu nie dać sobie szansy odpocząć i odetchnąć?

IMG_9276 (Kopiowanie)

Bo to, co właśnie daje mi Polska to ten cudowny spokój, którym uwielbiam się delektować. Nie robię tego może na środku Krupówek lub stojąc w „sandałowej” kolejce na Giewont, jednak mamy wiele miejsc, które warto odwiedzić i się zatrzymać. Więc przestańmy marudzić, że u Nas nie ma Wielkiego Kanionu, Machu Picchu, dżungli czy raf koralowych, tylko zakładajmy buty i ucieknijmy z dala od miast na łono natury, by zluzować trochę te napięte tyłki.

IMG_9278 (Kopiowanie)

Sami od dłuższego czasu potrzebowaliśmy ochłonąć i uciec. Z tego powodu gdy zobaczyliśmy u Paragonów z podróży ( pozdrowienia dla Bartka i Patryka!), że nadchodzi kolejny Spęd nie mieliśmy chwili zastanowienia gdzie spędzimy majowy weekend, szczególnie mając w pamięci nasze pierwsze spędowisko w Dusznikach. Ciesze się, że chłopaki organizują takie spędy i że organizują je w różnych zakątkach Polski. Dzięki nim możemy odkrywać super miejscówki, na które pewnie byśmy sami nie trafili, zwiedzając okolice i świetnie się przy tym bawiąc. Przy okazji zachęcam Was do lektury „Polska Be?” Bartka, który opowiada o zapomnianych lub jeszcze nieznanych skarbach Polski Wschodniej.

Folwark Żylicze

IMG_9346 (Kopiowanie)

Tak, to właśnie było  miejsce docelowe Spędu. Nie kojarzycie? O to właśnie chodzi. Miejscówkę znalazł przypadkiem Bartek eksplorując dociekliwie Podlasie. Zobaczył, żarówka nad głową się zapaliła i postanowił, że wróci tu za rok w większej ekipie. Tym sposobem trafiliśmy więc do miejsca, które wielu nazwało by „zadupiem” i zamieszkaliśmy w spichlerzu, który niegdyś był częścią folwarku działającego do II wojny światowej. Obecny właściciel, szukając chyba tak jak my spokoju, zakupił spichlerz i włożył w niego ogromną ilość pracy, by stworzyć gospodarstwo agroturystyczne, które już od pierwszej chwili mówi Ci, że trafiłeś do właściwego miejsca. Przez cały pobyt mogliśmy buszować w zielonych trawach, marzyć na hamaku, śpiewać przy ognisku czy rozmyślać na ganku z kubkiem herbaty. Niektórzy, tak jak my nie mieli zasięgu, więc mogliśmy być totalnie off, zapominając o fejsbukach i tego podobnych. Nawet sklep był wyprawą, gdyż najbliższy był oddalony od spichlerza o 13 km.

IMG_9171 (Kopiowanie)

Sam spichlerz jest budowlą zsynchronizowaną idealnie. Połączenie tradycji i nowoczesności, wykorzystanie i uszanowanie tego co było, dodając przy tym coś od siebie. Po rozmowach z właścicielem wiedzieliśmy, iż nie jesteśmy tu też przypadkiem. Nie szuka on bowiem możliwości rozpromowania miejsca na prawo i lewo, nie oczekuje w oknie kolejek turystów, nie buduje w ogródku centrum rozrywki. Zaprasza jednak z otwartymi ramionami osoby, które tak jak my pragną nacieszyć się naturą, delektując się spokojem i zielenią oraz przyjmując Żylicze takimi jakie są, nie oczekując zmiany spichlerza w 5 gwiazdkowy kurort.

IMG_9296 (Kopiowanie)

Podczas spędu mieliśmy okazję poznać bliżej kulturę i historię żyjących tam Tatarów. Odwiedziliśmy znaną wieś Kruszyniany (około 30 tys. turystów rocznie) i posłuchaliśmy ciekawych opowieści w najstarszym meczecie w Polsce. Próbowaliśmy tatarskich przysmaków, oglądając budujące się Centrum Edukacji i Kultury Muzułmańskiej Tatarów Polskich.  Drugiego dnia, przed wyjazdem udaliśmy się do Wierszalina, w którym znajdują się ruiny monoteistycznej świątyni świata, związanej z postacią proroka Eliasza Klimowicza. Po nieudanej nocnej ekspedycji, w której nie dotarliśmy do świątyni, odwiedzenie tego miejsca stało się dla nas sprawą obowiązkową, ratująca nasz honor.

IMG_9207 (Kopiowanie)

IMG_9378 (Kopiowanie)

Po raz kolejny świetnie się bawiliśmy w gronie osób, które tworzyły razem bardzo pozytywną atmosferę. Odkryłam w dodatku miejscówkę, o powrocie do której myślałam jeszcze tam będąc. Chciałabym Wam  tylko powiedzieć, że warto dać szansę takim miejscom, Polsce. Niekiedy trzeba być dociekliwym i pogrzebać trochę aby znaleźć takie perełki. Nieraz jednak wystarczy poddać się swojej intuicji, która może przyciągnąć nas do nowego raju, a warto. Warto odłączyć się na chwilę, zostawić wszystko w cholerę i spróbować alternatywnej terapii, zmysłowego spa i naładować baterię.

IMG_9284 (Kopiowanie)

IMG_9294 (Kopiowanie)

Zdjęcia po kliknięciu wyglądają o niebo lepiej :)

Turcja

Poświęcimy parę postów by opowiedzieć Wam o naszym pobycie w Turcji ( kilka zdążyliśmy umieścić już podczas wyprawy). Najpierw chcielibyśmy jednak zaapelować do Was, abyście nie ograniczali swoich pobytów jedynie do leżakowania nad piękną riwierą i ewentualnie wykupieniem 2 wycieczek. Ten kraj ma więcej do zaoferowania i grzechem jest z tego nie skorzystać. W końcu jeśli chcemy poznać Turcję na prawdę, to jak mamy zrobić to w turystycznych kurortach?


Jeszcze przed e-wizami 

Nie ukrywamy, był to kraj, na który czekaliśmy. Turcja dała nam nie tylko masę atrakcji, w postaci zabytków i pięknych krajobrazów. Dostaliśmy też coś więcej- niezapomniane wrażenia, które były dla nas zawsze dużą niespodzianką.  W Alanyi mieliśmy możliwość spędzić trochę czasu z innymi ludźmi. Może nie byli to rodowici mieszkańcy, tylko grupa przewodników turystycznych i rezydentów, jednak i tak dowiedzieliśmy się wielu ciekawych informacji, mile przy tym odpoczywając. Właśnie takiego chillu nam brakowało. Dzięki Justinasowi czas trochę się zatrzymał. Mieliśmy chwilę na pójście do tureckiej knajpy, na nurkowanie, zwiedzanie- nie tylko Alanyi ale porozrzucanych po Turcji atrakcji.
Pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy po usłyszeniu Turcja to masa zabytków. Na prawdę, bez żadnego ściemniania, podróżując mieliśmy wrażenie, że wszystkie atrakcje ktoś specjalnie rozrzucił przy drodze. Nie będę liczyć, ile razy mieliśmy sytuację, w której nie mieliśmy pojęcia, w którą stronę skręcić na skrzyżowaniu, ponieważ każdy kierunek prowadził do innego zabytku ( o którego obecności informuje brązowa tablica). Warto więc zapamiętać wyliczanki, lub inne metody wyboru trasy- chyba, że Wam się nigdzie nie śpieszy :)
Tak na prawdę to właśnie tutaj oraz w Gruzji, głównym motywem było zwiedzanie. Tak, w większości były to atrakcje typu MUST SEE, TOP 10- jednak od czegoś się zaczyna, a przy okazji dowiedzieliśmy się też o paru, mniej popularnych miejscach.


mapka,którą znaleźliśmy w Stambule, ukazująca ciekawe miejsca 

Turcja jest sporym państwem ( pod względem wielkości zajmuje 37 miejsce na świecie, dla porównania Polska plasuje się na 70 pozycji). Podczas podróży możemy poznawać jej różne oblicza, w zależności od regionu, który odwiedzimy. Od nasyconego zabytkami Istambułu, po słynne kurorty turystyczne, historyczne miejsca, zadziwiające dzieła natury, bujną w roślinność wybrzeża Morza Czarnego aż po surową, wschodnią Anatolię, która jakby ukryła się przed masą turystów. To ponoć tutaj można zaznać spokoju, skorzystać z gościnności mieszkańców i tak na prawdę dobrze poznać kulturę. Niestety podczas pobytu w Turcji nie udało nam się sprawdzić jak bardzo te rejony wschodniej Anatolii różnią się od pozostałych. Jednak po opowieściach naszych znajomych, wiemy, że jest to destynacja, której nie odpuścimy.

Turcja ma burzliwą, kontrowersyjną historię. O Turkach i ich charakterze też można usłyszeć różne opinie. Nie poznaliśmy ich na tyle, by rozwiewać wszystkie stereotypy, jednak z ich strony zawsze mogliśmy liczyć na życzliwość i bezinteresowną pomoc. Uprzejmi, za każdym razem mogliśmy liczyć na poczęstunek jakże popularną tutaj herbatą( czyt. czaj). Ciągle uśmiechnięci, z chęcią podchodzili do Nas aby porozmawiać. Tylko w restauracji w Antalyi chcieli na nas zarobić, jednak sami nie byliśmy za bardzo ostrożni- w menu nie było cen, więc powinniśmy z góry ja uzgodnić.


Miłe zaskoczenie tuż po wjeździe do Turcji :)

Na koniec postu filmik z największej niespodzianki podczas wyprawy.

Grecja, która ofiarowała Nam Justinusa

Gdy mówi się o Grecji, to chyba większość ludzi od razu ma przed oczami tradycyjną architekturę, czyli słynne białe domy z niebieskimi elementami. W końcu Wujek Google po wpisaniu „Grecja” podaje Ci je na tacy. O tak, gdy dotarliśmy na wybrzeże to niczego innego nie szukaliśmy. Jednak nasz błąd, nie poszukaliśmy na ten temat informacji i okazało się, że takie atrakcje możemy znaleźć  na Santorini ( nie wiemy czy na innych wyspach również).

Wydawało nam się, nie wiem czy słusznie, bo na żadnej nie byliśmy, że turystyka tutaj w głównej mierze to właśnie wyspy. Bardziej egzotyczne, z pięknymi plażami (choć je również można spotkać na lądzie), z tradycyjna architekturą i przygotowaną dla przybywających, infrastrukturą turystyczną. Oczywiście kontynent nadrabia starożytnymi zabytkami, jednak czasem sam pobyt na wyspie jest dla turystów atrakcją. ( Ciocia wiki podpowiada, iż Grecja może pochwalić się ok. 3 tysiącami wysp, w tym tylko 167 jest zamieszkanych). Sami chcieliśmy wybrać się chociaż na jedną z nich ale przed wejściem na prom zatrzymał nas standardowy problem- PIENIĄDZE. Niestety, bilety nie były zanadto tanie. Oczywiście, ich cena mogłaby wyglądać nieco ciekawiej, gdybyśmy wcześniej je zarezerwowali- ale weź tu się stresuj na środku tunezyjskiej pustynni, bo samochód stwierdził, że dalej nie może, a Ty przecież za 2 tygodnie musisz być punkt 8 rano w poniedziałek w porcie. Dla tych co podróżują dłużej, to po prostu trochę niekomfortowe. Najbardziej bolało, że nieraz do wysp było tylko parę kilometrów. Niestety albo cena nadal była zbyt wysoka albo była to jedna z niezamieszkanych wysp. Nie żartując teraz, rozważaliśmy nawet popłynięcie kajakiem albo porwanie jakieś łodzi z kapitanem, lub dogadanie się z nim na tańszą niż prom podwózkę. Niestety zapał mieliśmy słomiany…

Przyznamy, że Grecję sobie trochę odpuściliśmy, więc musimy wrócić tam, żeby ten niedosyt zapełnić. Byliśmy trochę nie fair i nasz pobyt można określić jako pobyt widmo. Nie wiele zobaczyliśmy, nie wiele też z tego wyjazdu wynieśliśmy, oprócz Naszego nowego kumpla. Zaliczyliśmy z atrakcji jedynie Saloniki, chillout nad jeziorem, Kanał Koryncki, gdzie można skakać na bungee i Ateny, chociaż stricte na ateńskim Akropolu nie byliśmy. Cena za pełny bilet ( czyli nie tylko Akropol) wynosi 12 euro, dla studentów 6 -nauka się czasem opłaca. Darek wzgardził i nie chciał płacić, a mi samej się nie chciało- w końcu mieliśmy i tak tu wrócić. Pochodziliśmy więc po parku i poszliśmy na niższy szczyt wzgórza, gdzie wszyscy robią zdjęcia panoramy miasta.

Dla tych, którzy będą w wymienionych niżej terminach w Grecji, chcieliby zobaczyć Akropol oraz inne ateńskie atrakcje, lecz brakuje im pieniędzy, mam dobrą wiadomość. W wybrane dni, wejście jest za darmo:

  • 6 marca,
  • 5 czerwca,
  • 18 kwietnia,
  • 18 maja,
  • ostatni weekend września,
  • każda, pierwsza niedziela miesiąca, począwszy od 1 listopada do 31 marca,
  • 28 października.

Gdybyście potrzebowali jeszcze innych informacji, odsyłam na stronę.

Było nam trochę szkoda, że aż połowa wzgórza była ogrodzona. Jest tam bardzo ładnie, a liczne alejki zapraszają do spacerów. W końcu główna atrakcja była na samym szczycie, a oni niepotrzebnie odcięli prawie całe wzgórze. No cóż..

Nie lubię odwiedzać kraju, a nie zobaczyć chociaż jednej rzeczy, nie poczuć klimatu. Chciałam zwiedzić chociaż Meteory- jest to masyw skał, których wysokość sięga około 500 m n.p.m. Na ich szczytach znajdują się monastyry, jednak mi bardziej zależało aby zobaczyć formacje skalne. Niestety Darek w ramach buntu „pier..le, nigdzie nie skręcam” olał moje prośby żeby tam zjechać. Zresztą, mieliśmy mały kryzys, tym razem finansowy. Na jednej stacji mieszkaliśmy parę dni, gotując o to w ten sposób:


Niestety naszego małego głoda to nie zaspokoiło

 Jechaliśmy uparcie prosto do Aten. Od momentu rozstania z chłopakami, mieliśmy sporo miejsca w samochodzie, więc powstał w nim mały burdel- w końcu nie musieliśmy dla nikogo robić miejsca, aż.. spotkaliśmy na drodze autostopowicza. Ja, jako kret nawet nie zauważyłam Justinusa, jednak Darek gwałtownie się zatrzymał i zobaczyłam, że macha do nas sympatycznie wyglądający blondyn. Chętnie zabieramy stopowiczów, szczególnie, że nieraz dzięki poznanym na drodze ludziom, podróż staje się niezapomniana.

Justinus do nieśmiałych nie należy- od razu zaczął opowiadać o sobie, równocześnie zadając nam dużo pytań. Szybko złapaliśmy wspólny język, więc dzień minął nam bardzo miło.  Gdy nowy kompan powiedział nam, ze jest litwińczykiem ale od dłuższego czasu mieszka i pracuje w Turcji jako przewodnik, byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni. W końcu Turcja była jednym z krajów, na którym nam najbardziej zależało. Jednak gdy usłyszeliśmy jak znalazł się na drodze, z której go zgarnęliśmy to.. szczęki nam opadły.
Justinus bowiem płynął jachtem z przyjaciółmi wzdłuż greckiego wybrzeża jedząc kawior, popijając go szampanem, rozkładając się przy tym na hamaku. Zatrzymywali się w przystaniach aby poimprezować, rzucając przy tym banknotami na prawo i lewo. Dużo osób powiedziałoby pewnie „żyć nie umierać”, jednak pewnego dnia do naszego przyjaciela coś dotarło- wydaje  miliony monet spędzając czas w nieodpowiedni sposób. Jego autostopowa przeszłość nie pozwoliła o sobie na długo zapomnieć, a dzięki niej przypomniał sobie czym jest dla niego esencja podróżowania. Spakował się w sekundę i wyskoczył z łodzi. Parę godzin później przygarnęliśmy go do siebie. Podziękował nam za ten gest,  gdyż było to dla niego tylko potwierdzenie, że dobrze zrobił, a my przypomnieliśmy mu dobre czasy. Wspólnie się wzruszyliśmy i doszliśmy do wniosku, że nie poznaliśmy się przez przypadek :D Justinus poopowiadał nam o Turcji, a my zaoferowaliśmy mu pobyt all inclusive w hotelu JednoOko- hamak z widokiem na morze :)

Następnego dnia obchodziłam swoje urodziny. Już samym prezentem był dla mnie fakt, że spędzałam je w podróży. Zaczęliśmy się rano ogarniać, kiedy to w naszym obozie pojawił się gość. Była to młoda dziewczyna, która bardzo chciała się z nami zakolegować, a jeszcze bardziej z naszymi rzeczami :) z początku pytała o jedzenie, później ośmieliła się poprosić o papierosa, a skończyło się na zabieraniu piwa, grzebaniu w samochodzie i całowaniu Darka. Z trudem stawiał opór młodej kusicielce i zaczął odnosić ją coraz dalej od samochodu. Ona za to świetnie się bawiła, więc w końcu daliśmy jej browara i wykorzystaliśmy moment radości aby uciec. No, ten dzień dobrze się zapowiadał.


Nasza nowa koleżanka z łupami :)


Justinus jako nasz przewodnik

Pojechaliśmy na śniadanie do supermarketu. Po mega kanapkach przyszła pora na kawę w knajpie ( Grecy ją uwielbiają ) i łyknięcie trochę internetowego świata. Fejsiki, blogi, poczta itp. Justinus pokazywał nam za to zdjęcia ciekawych miejsc w Turcji, które wcześniej zaznaczyliśmy sobie na gps’ie. Później przyszła pora na szaloną imprezę na stacji benzynowej. Żałowałam, że nie wzięliśmy kontaktu do naszego wcześniejszego gościa, bo nikt z przyjaciół nie chciał przyjechać na balangę do Grecji i siedzieliśmy we 4, wraz z właścicielem.


Impreza urodzinowa na stacji benzynowej-checked. Przynajmniej nie płaciłam za wynajęcie ;)

Nie mogłam jednak marudzić, Panowie zaopatrzyli nas w sklepie w trunki, a do tego spotkał mnie cud- DAREK SIĘ OGOLIŁ. Po około 4 miesiącach tego buszu na jego twarzy, w którym pewnie wytworzyły się nowe istoty, jedzące pozostawione tam resztki po obiadach, niemal umarłam na zawał gdy wyszedł, z gładka jak pupa niemowlaka buzią. Podskoczyłam na ławce i zaczęłam uciekać. Wiem, że wydaje się to absurdalne ale spójrzcie na te zdjęcia:


Przed…


..i po

Byłam jednak pod wrażeniem, bo Darek usuwał brodę Ajaxem i siedział w toalecie z 30 minut żeby się tego pozbyć- przez co myślałam, że „walczy” zupełnie z czymś innym… :)

W prezentach pokonał go jednak Justinus. Podczas jazy samochodem zapytał mnie, co bym wolała jak będę w Turcji: lot balonem nad Kapadocją czy lot paralotnią nad morzem. Po ciężkich namysłach ( bo ja bym ogólnie chciała wszystko, najlepiej na raz) odpowiedziałam, że paralotnię. W to co usłyszałam, nie bardzo mogłam uwierzyć. Justinus powiedział, ze wobec tego to jest prezent od niego na moje święto. Spojrzałam na niego z wytrzeszczonymi oczami oraz otwartą buzią i jedyne co mogłam powiedzieć to: „what?”. Oczywiście zaraz nastąpiła rozmowa, że nie, że to za dużo dla mnie, nie chcę robić problemu blablabla. Jusitnus zapewnił, że załatwienie tego u pracującej dla jego biura podróży firmie nie będzie żadnym kłopotem, ponieważ on z przyjaciółmi nieraz korzystali z tej usługi. Gdy upewniłam się o tym 5 razy, to ogarnęła mnie niezmierna radość, w końcu była to jedna z tych rzeczy, którą bardzo chciałam spróbować.

Po imprezie na stacji, odwieźliśmy nowego przyjaciela na dworzec kolejowy, skąd pojechał pociągiem do Aten. Miał bowiem następnego dnia samolot do Turcji, więc nie mógł zostać dłużej. My resztę dnia spędziliśmy na plaży, a wieczorem puściliśmy sobie Gwiezdne Wojny ( o dziwo, podczas wyjazdu udało nam się obejrzeć sporo filmów, pomimo tak rzadkiego internetu).


Pożegnanie- na szczęście nie na długo

Bardzo nam się spieszyło do Turcji, a zaistniałe okoliczności jeszcze nas przyspieszyły. Niestety, Grecja przegrała w pojedynku… damy jej jednak jeszcze szanse :)

Na koniec dodam, że nie chcemy Was namawiać do zabierania autostopowiczów, bo dostaniecie od nich prezent. Słysząc autostopowe historie, to raczej Ci stojący z kciukiem są obdarowywani ;) Jest to przede wszystkim pomoc drugiej osobie i przy okazji poznanie nieraz mądrych, dobrych ludzi. To wspólne dzielenie się doświadczeniem i wzajemna pomoc jest ważna. Powiem Wam tak… krajobrazy w podróży nieraz urywają tyłki i są oszałamiające, jednak najwięcej historii słucham o poznanych w trasie osobach- o czymś to świadczy :) Poza tym, wydaje mi się, że dane przez nas dobro wraca.

Przydatne info:

Wiza do Grecji jest niepotrzebna. Wystarczy paszport lub dowód osobisty, kierowca musi wyrobić jednak międzynarodowe prawo jazdy. Bardziej z ciekawostek, bo prowadzenia pod wpływem nie uznajemy- w Grecji dopuszczalny poziom alkoholu we krwi to 0,5 promila.

Waluta- euro

Przyszedł czas na…sjestę! tak więc:
Urzędy pracują zazwyczaj  8.00–14.00 od poniedziałku do piątku (w tym banki).

Sklepy są czynne od rana,  13.00-15.00 jest przerwa. Ponoć we wtorki, czwartki i piątki po sjeście pracownicy pracują później do 19.00/20.00, natomiast w pozostałe dni praca kończy się w porze przerwy. My za bardzo dni tygodnia nie pilnowaliśmy, więc nie potwierdzamy, ale warto mieć to na uwadze.

Co do Greków: mamy trochę mieszane odczucia. Oprócz paru pojedynczych osób, w tym kierownika stacji benzynowych, trafialiśmy raczej na mniej pozytywne osoby. Nie mówię, że ktoś nam groził, czy chciał nas atakować ( z niemiłymi słowami spotkał się za to Justinus, którego etui na telefon to flaga Turcji), po prostu byli oschli. Możliwe, że tak nam się po prostu niefortunnie trafiło, nie wiem. Równie mieszane uczucia mamy co do czystości.. może do tunezyjskich plaż i wjazdu do Neapolu byśmy tego nie porównali ale raczej nie było za czysto.

Dla tych co lubią zwiedzać- w niektórych miastach, czy ośrodkach turystycznych możecie znaleźć biura Narodowej Organizacji Turystycznej (EOT) www.eot.gr, www.visitgreece.gr, z przydatnymi na pewno (i darmowym!) informatorami turystycznymi, mapami, rozkładami pociągów, autobusów czy promów.

Ceny:
chleb-od 1 lub mniej do ok 2 euro
ser- od około 2 do ok. 3 euro
szynka- od ok 1,5 euro do 4
mleko- 1-2 euro
woda 1,5l-  ok. 0,5 euro
piwo- od ok. 1 euro
paliwo (ON)- ok 1,5 euro

Albania

Po Czarnogórze przyszła pora na Albanię. Przyznamy, że początek był mocno przytłaczający. Nawet gdyby granica nie była oznaczona i tak byśmy zauważyli, że wjeżdżamy do nowego kraju. W momencie przekraczania granicy, niespodziewanie, całą drogę opanowali ludzie. Cały tłum Romów siedział na poboczu, niektórzy krzyczeli coś do przejeżdżających za ogrodzeniem. Ten chaos trwał przez dobre kilka kilometrów, a my bez żartów byliśmy z lekka wystraszeni ilością osób. Tak jak zaskakująco się pojawili, tak w jednej chwili zniknęli. Później, mimo, iż w Albanii trochę Romów mieszka, tylko raz spotkaliśmy się z takim ich skupiskiem.

Drugą rzeczą, której nie dało się nie zauważyć były meczety. Bałkany (Albania, Bośnia i Hercegowina, Kosowo, Turcja europejska) są bowiem regionem w Europie, gdzie islam jest religią dominującą i to nie ze względu na wyznających go imigrantów.  W Albanii tą religię wyznaje około 60 % ludności. Jadąc jednak przez ten kraj, nie czuliśmy się jak w typowym kraju muzułmańskim. Miejsca kultu rzucały się w oczy, jednak wyznawców tej religii nie mogliśmy się dopatrzeć.

Skoro jesteśmy przy mieszkańcach Albanii to trzeba przyznać, że napotkaliśmy na swojej drodze samych miłych i pomocnych. Mam wrażenie, że opisując każdy kraj powtarzam te słowa, ale to chyba dobrze :) Pomoc Albańczyków była nie raz bardzo potrzebna, gdyż o ich drogach tak pozytywnie nie możemy się wypowiedzieć. Niekiedy asfaltowa droga nagle się kończyła, a na jej miejscu witał nas szuter. Jednak żeby było ciekawiej, szuter nieraz przemieniał się w niezłe kamienie, tak więc nawet wyższe samochody jechały na równi z nami.  Najśmieszniej było, gdy z Vlore kierowaliśmy się na granicę Albańsko- Grecką. Na trasie musieliśmy czekać aż… zrobią nam drogę :) jako pierwsi przejechaliśmy po świeżutkim asfalcie… kilkanaście kilometrów, po to by znowu przywitać się z kamulcami. Niestety po drodze usłyszeliśmy od przemiłego pana jakże pocieszające: „ta machina niet” i ucieszeni, że musimy wracać się ze 100 km pojechaliśmy znowu do Vlore, by dotrzeć na inna drogę ( na Gjirokastër). Ach, te podróżnicze przygody!


Na tych gorszych nie mieliśmy siły robić zdjęć.


Oprócz samej nawierzchni, drogę urozmaicały nam też inne ciekawe atrakcje. Jedną z nich był most, który mijaliśmy. Ja wiem, przecież ile mostów człowiek w życiu zobaczył i nie ma raczej nic w nich ciekawego. Jednak ten był atrakcyjny ze względu na swoją niepewną konstrukcję. Jako, że uwielbiamy w przeróżny sposób dostarczać sobie wrażeń, musieliśmy podjechać i się nim przejść, a raczej postawić trzy kroki, ze strachu „narobić w gacie” i uciec z powrotem. Darek i tak jest bohaterem, bo doszedł dalej ( ja jestem znana z tego, że sama sobie robię niechcący krzywdę, więc pewnie bym z tego mostu wyleciała). W 1/3 drogi stwierdził jednak, że nie da się tego przejść, bo jest za dużo dziur i wrócił. W tym momencie minęło nas dwóch koleżków w rozpadających się japonkach i w 3 sekundy, nie patrząc ani na boki ani pod siebie, bez trzymania za barierki przeszli na drugi brzeg.  Wyszliśmy  z Kazika jako rządni wrażeń podróżnicy, a wróciliśmy do niego jako ostatnie lamusy, no ale… prawie nikt nie widział.

Kolejną ciekawą rzeczą były stacje benzynowe, oraz przyuliczne myjnie. Jeśli chodzi o stacje, to w żadnym innym kraju na trasie nie było tyle różnych firm/nazw! Rzadko, która nazwa się powtarzała. Dwie nasze ulubione to:


Dlatego jak się przedstawiałam tak dziwnie na mnie patrzyli.. :)


Tutaj Darek bał się podjechać

Jeśli chodzi o myjnie, a raczej powinnam napisać lavazho, to spotykaliśmy je często, przy samej drodze. Prowadzone są oczywiście dla zarobku, tylko w porównaniu do takiej Auquy, nie ma rozmieniarki, dachu nad głową, czy 6 miejsc do mycia- Albańczycy sami myją samochody, tak więc tłumów do tych myjni nie spotkasz. Za to na pewno przykładają się do swojej pracy i są bardzo wdzięczni, że to ich wybrałeś. My za KaZIka zapłaciliśmy 1 euro.

Ogólnie Albania wydała nam się biednym krajem, choć to zależy jeszcze od regionu (południe jest ponoć najzamożniejsze). Nietrudno to zauważyć, widać to zarówno w większych miastach, jak i na wsiach. Wpływ na nasze odczucia miała na pewno odwiedzona wcześniej Czarnogóra.. Najbardziej uderzyło nas, gdy obok hoteli i plaż z barami i restauracjami zobaczyliśmy parę, mniej solidnych budynków.. ich stan był nieciekawy, a widać było, że mieszka w nich więcej osób, niż powinno. Bijący ten widok kontrast widzieliśmy tylko na Gruzji ale to opowiemy przy okazji postu na temat tego kraju.

Albania jest jednak bogata w krajobraz, również górzysty jak Montenegro. Przez to, że Darek męczył się z drogami, odechciało mu się zwiedzać cokolwiek i jechał krzycząc tylko jak tutaj jest beznadziejnie. Ja oczywiście przed wyjazdem parę atrakcji sobie wypisałam i gdy byliśmy już na drodze do granicy musiałam zadziałać- zmusiłam Darka byśmy zobaczyli chociaż jedną rzecz. I był to strzał w dziesiątkę.

Mowa tutaj o Syri i Kalter, czyli Blue Eye. Musieliśmy trochę zboczyć z drogi, ale było warto! Trochę za Gijrokaster zjechaliśmy w krętą drogę na Sarandę (perełka Riwiery Albańskiej). Gdy zjeżdżaliśmy z góry było już na prawdę ciemno, tak więc nie wiedzieliśmy do końca gdzie znaleźć nasze Niebieskie Oko i czy znajdziemy sobie dobre miejsce do spania.  Z czasem zaczęły wyłaniać się latarnie, dzięki którym zobaczyliśmy tafle wody. Zajechaliśmy do wielkiej bramy. Okazało się, że wjazd jest płatny ale 1. kosztowało nas to tylko 6 zł, 2. mogliśmy zostać tam na noc!  Bez większego namysłu ruszyliśmy dalej i ciemną, nieoświetloną dróżką jechaliśmy lasem póki nie zobaczyliśmy dużego, drewnianego domu (hotelu), kilku mniejszych oraz bardzo „pasującego” do klimatu… klubu! Białe filary, zmieniająca kolor podłoga, lasery i oczywiście djka, a nad nią kula dyskotekowa – to jest dopiero klub Park ( suchar dla Warszawiaków). Za miejscówką dla szalonych tancerzy był pomost, gdzie można zjeść romantyczną kolację serwowaną przez knajpę, tak więc trafiliśmy na zakręcony mix. Akurat była już późna godzina, więc szalona, trzyosobowa impreza dobiegła końca, a my w sekundę zostaliśmy oczarowani. Miejsce miało urzekający klimat, delikatne światła, szum spływającej po kamieniach wody, grające dla nas cykady a to wszystko w wielkim gaju. Mogłabym i wiersze pisać ale na prawdę, lepiej tam po prostu pojechać. Porozmawialiśmy z obsługą, która powiedziała, że jeśli nie chcemy płacić za hotel, możemy ulokować się przy camperach ( przyznam, że sporo osób nocowało razem z nami tej nocy).


Hotel z restauracją

Rano ( stanowczo za wcześnie) obudzili nas spacerujący turyści. Było gorąco, tak więc szybko się zebraliśmy i poszliśmy ocenić jak to wszystko wygląda w dzień. W końcu doszliśmy do źródła, które wywołuje to całe zamieszanie. Jaki to miało cudowny kolor! I jeszcze ta bujna roślinność w tle, no jak z jakieś bajki. Nad źródłem jest specjalny taras, tak więc możemy Blue Eye podziwiać z kilku miejsc. Pewni, że nasz pomysł nie przejdzie, bo w Polsce byłby problem, nieśmiało spytaliśmy sprzedających obok owoce ludzi, czy możemy wskoczyć do wody. Okazało się, że nie było najmniejszego problemu- oprócz temperatury. Darek wskoczył od razu ale to wcale mnie to nie zdziwiło, nie wytrzymywał już ze swoim brudem :) U mnie to trwało trochę dłużej. Przegapiłam idealny moment, a potem musiałam czekać aż skończą się magiczne sesje. Nie chciałam stać się mistrzem drugiego planu. Po naszej długiej, minutowej kąpieli zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy podbijać Grecję.


Blue Eye

Przydatne info:

Do Albanii nie potrzebujemy wizy, a co więcej jesteśmy również zwolnieni z opłaty podatku, która wynosi 10 euro.
Waluta- lek albański LK
Po Albanii lepiej poruszać się własnym autem. Problemy są z pociągami, a autokary niestety wszędzie nie dojeżdżają, solidaryzując się chyba z KaZIkiem.
Zakupy- jeśli chodzi o tą kwestię, to różnicę poczuliśmy przy pierwszym wejściu do sklepu. Na produktach nie ma cen, tak więc podchodząc do kasy lepiej ładnie się uśmiechać albo wyglądać na nie śmierdzącego groszem, by jako turyście, nie naliczyli Ci więcej. W miastach, przynajmniej w tych większych są supermarkety.


To, czego nie udało nam się sprawdzić, a co znalazłam w internecie na temat Albanii:

Dla tych, którzy chcieliby się wybrać do Albanii aby odpocząć w hotelu czy pensjonacie jest dobra wiadomość- buduje się ich coraz więcej, a standardy ponoć na dobrym poziomie- nie sprawdziliśmy, wolimy namiot. Z tego co słyszałam, lepsza baza jest na południu.

Pomimo górskich klimatów, infrastruktura narciarska ponoć leży.

Jeśli chodzi o inne miejsca warte zobaczenia ( ze względu na przyrodę) to Jezioro Szkoderskie, Jezioro Ohrydzkie, j. Koman i Fierza kanion rzeki Osum, Są to atrakcje, których nie udało nam się zobaczyć, ale które mieliśmy w planie. Jeśli Wam by się udało, to podzielcie się wrażeniami :)

Ceny:

chleb- 2,/3 zł
bułka- 30 gr
ser  żółty- ok. 20 zł za kg za szynkę podobne ceny
mleko- 3/4 zł
piwo- w zależności od marki ale ceny mniej więcej jak w Polsce, około 3zł
woda mineralna 1,5l – 2/3 zł
paliwo (ON)- ok. 5 zł, choć na mniejszych stacjach, niefirmowych jest taniej.

Montenegro- kraina gór

O Czarnogórze nie wiedzieliśmy zbyt wiele, tak więc nie mieliśmy pojęcia czego się spodziewać.
Jechaliśmy do Montenegro jedynie z ciekawostkami i atrakcjami, które udało mi się znaleźć przed wyjazdem. Zbliżając się do nowego kraju, zaczęliśmy jednak się zastanawiać skąd ta nazwa. Odpowiedź uzyskaliśmy dopiero w Grecji od Justinasa. Montenegro to w języku weneckim dosłownie „Czarna Góra„. To właśnie weneccy zdobywcy nadali tą nazwę, gdy ujrzeli ciemne lasy pokrywające pasmo gór Lovcen, na którym my też byliśmy :)

Zdziwiła Nas bardzo jedna sprawa- otóż Czarnogóra nie jest w UE ( ma status kandydata) ale już przyjęła euro. W tej walucie zapłacicie również w Kosowie. Tę zmianę spowodowała hiperinflacja, która dotknęła jugosławiańskiego dinara. Zastąpiła go niemiecka marka- jednak nie na długo, bo w 2002 roku wprowadzono euro. Dla Nas o tyle dobrze, że nie musieliśmy zmieniać waluty.

Nie będziemy jednak się rozpisywać na ten temat- wróćmy do Naszej wyprawy :) Od razu przypomina mi się Nasz wjazd do Czarnogóry.. zrobilismy to z pełną pompą haha :) W kolejce do granicy padł nam akumulator, w dodatku mieliśmy awarię alternatora, tak więc dosłownie staczaliśmy się do celników. Mieliśmy farta, że było z górki! Było trochę stresu ale znowu szczęście nam sprzyjało i na stacji udało nam się podładować przez noc to co trzeba. Darek rano naprawił usterkę, która w sumie nie była za wielka ( było małe zwarcie w alternatorze, jednak wystarczyło zeszlifować trochę szczotkę i voila).


Darek w akcji :)


Czarnogórska naturalna kosiarka :)

Musimy przyznać, że oboje jesteśmy głodomorami i lubimy dobrze i smacznie zjeść. Na trasie zazwyczaj gotowaliśmy cały posiłek sami ale w Czarnogórze nasŧapiły nowe czasy.. czasy Carnexu! Znaleźliśmy te gotowe dania dosyć szybko i patrząc na cenę dorwaliśmy prawie wszystkie rodzaje ( w zależności od tego jaki posiłek kupujesz, cena się minimalnie zmieniała, jednak średnio za opakowanie płacilismy 1,7 euro). Z gotowcami jest różnie, tak więc pierwszy gryz był nieco nieśmiały.. okazało się jednak, że nasze kubki smakowe są zadowolone, więc Carnex został z nami na dłużej. Mimo, że sosy do różnych dań są bardzo podobne, nie narzekaliśmy :)

Dobra,starczy o jedzeniu. Skupmy się na samej Czarnogórze, która MEGA pozytywnie nas zaskoczyła. Nie dość, że jest to na prawde piękny kraj ( ach te górskie krajobrazy!) to w dodatku będąc tutaj czuliśmy, że wszystko uporządkowane stoi na swoim miejscu, że jest tutaj bezpiecznie, a w dodatku ludzie sa bardzo pomocni. Wydaje Nam się, że Czarnogóra stara się wywrzeć jak najlepsze wrażenie na odwiedzających i trochę się wybić- na szczęście wychodzi im to naturalnie i nie czuć w tym za grosz aktorstwa.

A trzeba przyznać, że Montenegro ma się czym pochwalić. Od wybrzeża po głąb kraju czekają na turystów ciekawe atrakcje. My zaczęliśmy od tych nadmorskich, czyli  Kotoru.
Jest to miasto portowe, jednak sama miejscowość Nas nie interesowała. Chodziło tutaj o Zatokę Kotorską, która posiada cechy norweskich fiordów i nawet czasem mówi się, że jest to najdalej położony na południe fiord Europy. Mieliśmy tutaj miłe spotkanie z ekipą 4×4, którą spotkaliśmy wcześniej w Chorwacji- serdecznie pozdrawiamy!
Mijaliśmy fiord i zapragneliśmy zobaczyć go z góry. No i nie żałowaliśmy :) Jadąc na samą górę pokonaliśmy z tysiąc zakrętów, jeden za drugim. Dopiero co chcesz wyprostować koła, a tu już, kolejny. Niektóre samochody aż musiały ochłonąć na poboczu. Gdy juz wjechaliśmy, mieliśmy chwilę na odpoczynek i oczywiście na „romantyczną kolację” z carnexem i widokiem na zatokę.


No to w górę!

Dwie pierwsze atrakcje zaliczyśmy prawie jednocześnie. Podziwialiśmy Zatokę Kotorską w miejscu, gdzie zaczynał się górzysty Park Narodowy Lovcen. Pojeździliśmy trochę po jego okolicy ( na jego terenie były wyznaczone darmowe miejsca do rozłożenia namiotu) i wjechaliśmy na najwazniejszą górę w parku – Jezerski vrh, na której znajduje się mauzoleum Piotra II Petrovića Njegoša (władcy), będące jeszcze wtedy w budowie. Turyści parkują swoje samochody trochę niżej, a resztę trzeba przejść, choć zaawansowany i długi spacer to nie jest. Przyznamy, że oprócz tego, że było trochę turystów, udzielił nam się taki klimatyczny nastrój. Słońce zachodziło, a bujna roślinność pokrywajaca otaczające nas góry zyskiwała dzięki temu ciekawe kolory. Z jednej strony góry góry jeszcze raz GÓRY, a z drugiej zatoka.. wreszcie mieliśmy chwilę wytchnienia i nie za bardzo chciało nam się stamtąd ruszać :)


W drodze na wzgórze


Jezerski vrh

Kolejnym punktem na trasie był Park Narodowy Durmitor (wpisany na liste UNESCO). Nie bez powodu nazwaliśmy Czarnogórę krainą gór, ponieważ wszystkie miejsca, które odwiedziliśmy były terenami górzystymi. Dla Nas bomba!
Droga do Durmitoru była na prawde malownicza. Dużo wolnej przestrzeni, w oddali góry,a za to mało miast- jedynie parę domów na krzyż i jakby opustoszałe chatki na środku pola.


Lubimy zwiedzać rzeczy NAJ, dlatego też Durmitor Nam się spodobał. Park obejmuje bowiem najgłębszy w Europie kanion rzeki Tary. Wiki podpowiada, że niekiedy głebokość sięga 1300 m. Gdy już jedziemy wzdłuż rzeki, droga robi się coraz węższa i w końcu dojeżdżamy do kumlinacyjnego punktu dla turystów- mostu Đurđevića. Jest trochę tłoczno, ponieważ most to idealne miejsce na malownicze fotki, oprócz tego turyści mogą coś tutaj przekąsić czy.. zjechać na tyrolce! Gdy spacerowaliśmy sobie i cykaliśmy zdjęcia, nagle usyszeliśmy krzyki-  był to trochę mix szaleńczej radości i strachu. Zobaczyliśmy wtedy „latających” nad Tarą ludzi i w tym momencie mi również udzielił się entuzjazm: JA TEŻ CHCĘ, JA TEŻ!


Widok na Tarę
Wzdłuż mostu mamy dwie tyrolki: mniejszą, za 10 euro i tą zarówno dłuższą jak i wyższą za 20. Nie mamy w zwyczaju wydawać pieniędzy w podróży na jakieś wybujałe zachcianki ale tym razem trafił się spory dylemat. Nie brałam pod uwagę tej mniejszej, ponieważ… była za słaba :D i nie mówię tu jedynie o mniejszej dawce adrenaliny ale po prostu wyglądała bardziej laicko. Podeszliśmy więc do tej większej i chwilę patrzyliśmy jak jej pracownik wypuszcza po kolei smiałków. Po długich namowach Darka ( który ze względów oszczędnościowych nie skorzystał) zdecydowałam się ostatecznie zacnie wydać moje urodzinowe pieniądze na tyrolkę. Przyczepiliśmy mi GoPro, a Darek poszedł na drugi koniec mostu by mnie powitać. Niestety jako, że kamerę mamy na współkę z BlaBla, a ja jestem trochę „ciotą”, baliśmy się, że kamera nam upadnie, więc sprzęt umocowaliśmy na mojej klacie, przez co na filmie nie widać za bardzo wysokości.. a przyznam, ze była spora! Nie chciałam krzyczeć jak szalona nastolka ale było na tyle fajnie, że nie mogłąm się powstrzymać :) a to w końcu był dopiero początek naszych latających przygód!

Mimo, że podczas zjazdu trochę „wywietrzałam” to po 1 było gorąco, a po 2 delikatnie mówiąc..potrzebowaliśmy kąpieli :D dlatego też w drodze powrotnej z Parku szukaliśmy jakiegoś zejścia do rzeki aby się ochłodzić. Gdy już zobaczyliśmy jakiś przebłysk rzuciliśmy się desperacko w jej stronę- ale było lodowato! Napełniliśmy butelki wodą ze źródła przy drodze i odświeżeni mogliśmy za to jechać dalej.


Rzeka jako lodówka

Kolejnym i ostatnim na trasie punktem było Jezioro Szkoderskie. Po drodze do tego urokliwego miejsca zobaczyliśmy Park Narodowy Biogradska Gora i Podgoricę. Stolica prezentowała się bardzo dobrze, szczególnie, że zwiedzilismy ją nocą, a o tej porze miasta zyskują fajny klimat.  Nie inaczej było z jeziorem, do którego również zajechaliśmy gdy już się ściemniało.
Jest to największe jezioro na Półwyspie Bałkańskim, a na wyspach znajdują się zabytkowe monastery. Jeśli to dla Was to za mało, znajdziecie tutaj również pelikany.
Oprócz tego możecie posiedzieć w kawiarence w pobliskiej osadzie rybackiej, wybrać się z miejscowymi na rejs po jeziorze, czy po prostu przejść się na spacer lub wskoczyć na rower. Jezioro znajduje się w dolinie i otoczone jest przez liczne wzgórza. Górzyste drogi bardzo nas przyciągają, więc wjechaliśmy w jakąś tajemniczą dróżkę, która miała zabrać nas na szczyt. Z czasem robiło się coraz ciekawiej. Najpierw mijaliśmy okoliczne wsie i lasy aż w końcu udało nam się wydostać na drogę prowadzącą na górę. Adrenalina trochę nam podskoczyła, gdyż na oświetlenie prócz kazikowego nie mieliśmy co liczyć, więc na czuja jechaliśmy po niekiedy dziurawej drodze. O ile wjeżdżasz na górę i jesteś po wewnętrznej stronie to nie za bardzo się przejmujesz. Sytuacja się zmieniła, gdy zjeżdżaliśmy i musielismy minąć się na tej wąskiej drodze z innymi samochodami ( o dziwo był spory ruch). Nie pocieszał fakt, że patrząc w dół przez prawe okno było widać tylko ciemną otchłań. Od razu więc zaczeły się żarty pt.:  ciekawe ile będziemy spadać. Na szczęście nie stoczyliśmy się razem z kazikiem , a widok na Jezioro Szkoderskie robiło… niezłe wrażenie :) Lekka mgła unosiła się nad wodą i wybrzeżem, a widok oświecał nam tylko księżyc. Był to krajobraz rodem z jakiś mrocznych filmów, ale miał swój urok. Pozostało nam jedynie zjechać na dół i przez tunel pojechaliśmy w stronę Albanii.

Przydatne info:

Do Czarnogóry nie potrzebujemy wizy, chyba, że planujemy przebywać na jej terenie dłużej niż 90 dni. Dla tych, którzy chcą podróżować samochodem- wymagana jest zielona karta. Na jednym z blogów znalazłam informację, żeby uważać na ograniczenie prędkości. Możliwe, że za zakrętem czeka policja, która z chęcią wlepi komuś mandacik za prędkość. Przyznam, ze Nas nic takiego nie spotkało, jednak warto mieć to na uwadze.
Wjazd do odwiedzonych przez Nas Parków Narodowych był bezpłatny. Jeśli chodzi o ceny artykułów spożywczych to nie są one zbyt wysokie, czasem trochę wyższe w porównaniu do polskich ale nie narzekaliśmy.
Cena za paliwo (ON)- ok. 1,3 euro


Jedna z darmowych atrakcji na trasie :)

Pora na zwierzenie

Przez jakiś czas, całkiem spory, była z naszej strony cisza. Nie tylko na blogu, na fanpage’u też nie dawaliśmy z siebie wszystkiego. Co prawda wrzucaliśmy coś dla rozruszania, ale nie rozpieszczaliśmy Was informacjami o naszych wyprawach- za co przepraszamy.

Dlaczego?

Nasz kolejny wyjazd to już nie będzie byle co, żadne „pitu pitu”. Chcemy wyjechać na około rok w totalnie dzikie, nieznane nam tereny. Ciężko będzie tam liczyć na pomóc bliskich nam osób, w końcu to nie Europa- będziemy zdani tylko na siebie i na gościnność miejscowych.
Nie idziemy na łatwiznę: moglibyśmy kupić sobie gotowego pogromcę nieprzejezdnych szos. Jesteśmy jednak wierni naszej idei, która stworzyła JednoOko, dlatego kupiliśmy Scyzoryka i dlatego sami chcemy  stworzyć najbardziej terenowego golfa na świecie :) Nie będzie to łatwe, od pieniędzy po dni i noce spędzone w garażu…jednak wierzymy, że to co w końcu z niego wyjedzie da nam spore powody do dumy.

Stworzenie mistrza w pokonywaniu afrykańskich dżungli, ogarnięcie szczepień, wiz- zgranie ich tak byśmy mogli przejeżdżać po kolei przez państwa, nie martwiąc się o ich wygaśnięcie, zapłacenie kaucji na carnet de passage, zebranie pieniędzy na to wszystko i na sam wyjazd, nawiązanie współpracy z firmami, z którymi moglibyśmy stworzyć coś fajnego, znalezienie osób, chętnych nas wesprzeć.. i połączenie tego z przyziemnym życiem i codziennymi obowiązkami. Do tego, chcemy tym razem aby nasz wyjazd miał też jakiś cel, ba, nawet dwa, w związku z którymi czeka nas jeszcze więcej pracy i przygotowań- ale w tym przypadku chcemy by to zostało na razie tajemnicą.

To są tylko hasła, składające się na ogrom roboty, chociaż wypisując to teraz i patrząc na naszą dwójkę, jestem pewna, że pokonamy wszystkie trudy, bo naszym działaniom przyświeca większa idea. Jednak przyznamy się Wam, nie zawsze patrzymy na to wszystko przez różowe okulary, w końcu każdy z nas ma swoje obawy oraz jakiś pułap wytrzymałości. Ciężko jest nam czasami pogodzić te dwa odległe światy: praca zabiera cały wolny czas i wysysa energię- a kokosów nie mamy, studia też pochłaniają dużą uwagę, w końcu chcę wyjechać na wyprawę jako obrońca licencjatu. Mieszkamy od pewnego czasu na swoim, więc czujemy się już jak starsze małżeństwo wydając na mieszkanie, gotując i sprzątając aby nie żyć w tak zwanym „chlewie”.  Ogranicza nam to czas na różne działania, przede wszystkim na pracę przy samochodzie. Do tego dochodzą różne pojawiające się po drodze sytuacje, o których ciężej nam mówić.

Mamy świadomość, że tak wygląda życie większości ludzi w naszym wieku, jednak my zdecydowaliśmy się na pasję, której nie możemy spełniać na zajęciach co tydzień, czy wyjazdach wakacyjnych. Nie znaczy to, że krytykujemy osoby, które wybrały ten sposób życia- skądże. Każdy obiera swoją drogę i stara się z niej nie zboczyć.

Wchodzicie na naszą stronę aby czytać o naszych poczynaniach, obiecaliśmy, że nie będziemy niczego przed Wami ukrywać, dlatego dzielimy się także tymi mniej miłymi aspektami naszych wypraw. Nie chodzi o to, że marudzimy i robimy z siebie biedne ofiary. Po prostu czasem walcząc o swoje szczęście mamy po drodze chwile słabości. Zasada jest jednak prosta: musimy wstać, otrzepać się, zacisnąć zęby i… walczyć dalej. Tak też właśnie robimy, między innymi tym postem. Nie wstydzimy się tego, że mamy obecnie cięższe chwilę. Musimy to wszystko jedynie poukładać w głowie, kopnąć się nawzajem po dupie i przypomnieć, że jesteśmy zajebiści i nam się uda.

rusty 2 africa i blokady dla podróżników

  Jak my lubimy poznawać innych zakręconych ludzi jak my :) Przed wyjazdem podczas szukania informacji o lądowym wjeździe do Egiptu (potrzeba posiadania carnetu de passage,który wiąże się z zapłaceniem kaucji 30 tys. zł) przeczytaliśmy o dwójce Polaków, którzy z Wielkiej Brytanii pojechali Vanem za 500 funtów do Afryki! I to przez Syrię, w sumie w ostatnim momencie,w którym jeszcze była  konkretniejsza szansa przeżyć tą wyprawę. W swojej podróży byli rok ( planowali wyjazd na połowę tego czasu) i przejechali 45 000 km odwiedzając 27 państw. Jeśli chcecie dowiedzieć się o nich więcej zapraszamy Was na ich stronę 
http://routes.co.nr/
 oraz na ich fp 
https://www.facebook.com/Rusty2Africa?fref=ts
.

  We wtorek byliśmy w Klubie Podróżnika w Warszawie na drugiej części prezentacji o ich wyprawie, na pierwszej niestety nie mogliśmy być.  Spotkaliśmy się po Klubie na osobności by porozmawiać o wrażeniach ze swoich podróży i aby wzajemnie wypytać się o nurtujące nas rzeczy. Ach, to było bardzo ciekawe spotkanie, pełne przydatnych informacji, bowiem sami planujemy pojechać do Afryki.
  Wracając do carnetu. Jest on wystawiany osobom, które wjeżdżają do określonych państw.  Które kraje go wymagają? Listę znajdziecie m.in. tutaj:

http://en.wikipedia.org/wiki/Carnet_de_Passages

Carnet de Passages en Doune jest w Polsce wystawiany przez PZM-Travel. Jest to jako tako gwarancja na to, że właściciel samochodu wróci swoją maszyną na teren Polski w terminie ważności CPD.  Bez tego carnetu na granicy należy zapłacić stosowną opłatę celną, jednak: w teorii jest tak,a w praktyce często wychodzi inaczej.. Każdy kraj ma swoje prawa, straż graniczna swoje humorki. Wspomniani przez Nas znajomi (Ada i Przemek) mieli spore problemy na granicy egipskiej, ponieważ w Anglii aby wjechać do Egiptu musieliby zapłacić 800% wartości samochodu, dlatego też kupili karnet bez tego państwa. Poszukali i  dowiedzieli się, że komuś udało się wjechać bez karnetu. Spróbowali- niemal przekroczyliby granicę, jednak ktoś wypatrzył „Excluding Egypt”, przez co musieli 5 dni mieszkać na granicy aby jakoś  dogadać się ze strażnikami i wjechać do kraju.  Mówiąc o nich, obeszli oni kwestię wracania samochodem do swojego kraju. W Zimbabwe z pomocą mieszkających tam znajomych przerejestrowali samochód i legalnie go sprzedali, wracając samolotem.

Oczywiście należy przedstawić pełną dokumentację sprzedaży aby było wszystko jasne. 

Tutaj też znajdziecie informacje na temat carnetu wraz z cennikiem za dokumenty.

http://wikitravel.org/pl/Carnet_de_Passage 

Oprócz wykupienia karnetu należy zapłacić kaucję, która po powrocie do kraju jest zwracana. Na stronie PZM-Travel mamy plik z wykazem kaucji, jednak na stronie możemy przeczytać, że ów wykaz nie ma zastosowania i wysokość kaucji jest rozpatrywana indywidualnie. : 
http://www.pzmtravel.com.pl/dokumenty-celne.html
  Pzm zwraca wysokość kaucji w okresie do 14 dni od zwrócenia przez właściciela karnetu. Jeśli podróżnik odda karnet w terminie 30 dni kalendarzowych od momentu wygaśnięcia karnetu dostanie 100% zwrotu  kaucji, natomiast jeśli zrobi to po upływie 30 dni, od PZM dostanie jedynie 50% kaucji. Daję Wam link, trochę długi ale wchodząc w niego ściągnie się automatycznie  plik Word, z paroma informacjami.


https://www.google.pl/url?sa=t&rct=j&q=&esrc=s&source=web&cd=1&cad=rja&ved=0CCoQFjAA&url=http%3A%2F%2Fwww.pzmtravel.com.pl%2Fprojects%2Fpzmtravel%2Ffile%2FCPD%2FZASADY%2520KORZYSTANIA%2520Z%2520KARNETU%2520CPD.doc&ei=NxFQUoimKYfc4QSc_4G4CA&usg=AFQjCNFxP7ccC9hNVTzdFfgVRgX4OQZuFg&bvm=bv.53537100,d.bGE

  Czasem ciężko znaleźć jest informacje na temat karnetu z pierwszej ręki, ponieważ de facto nie tak wiele osób podróżuje samochodem. Szukając wcześniej informacji o Egipcie znaleźliśmy dwie polskie ekipy, które wjechały na jego teren autem. Jednak  nie ma co się poddawać, trzeba szukać na forach i po prostu pytać. Jak nie z Polski, to na pewno z innego kraju ktoś próbował wjechać na teren danego państwa. Nasze kolejne wyprawy będą wiązały się za każdym razem z załatwieniem karnetu, tak więc z naszej strony możecie liczyć na dokładne sprawozdanie z przebiegu wyrabiania CPD i z wykorzystaniem go na granicy.

  Drugą sprawą, którą chcemy poruszyć w tym wpisie to możliwość wyrobienia drugiego paszportu. Jest on bardzo przydatny np. w sytuacji gdy planujesz podróż przez Izrael, a następnie przez kraj(e), które po znalezieniu w Twoim paszporcie pieczątki Izraela nie pozwolą Ci wjechać, m.in: Syria, Libia, Liban, Iran, Arabia Saudyjska, Irak.

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/7/70/Foreign_relations_of_Israel_Map_July_2011.PNG

  Drugi paszport wyrabia się przy aktualnym pierwszym paszporcie, nie w momencie jego wygaśnięcia. Koszt wyrobienia takiego paszportu wynosi 280 zł, a ważny jest przez 2 lata.
Podczas szukania informacji, znaleźliśmy artykuł ze stycznia tego roku, który mówi o tym, że od teraz będzie łatwiej go wyrobić . Nie chcemy wobec tego wiedzieć jak to wyglądało wcześniej, bo teraz tak na prawdę mamy jedynie możliwość o ubieganie się o paszport, bo wydawany za łatwo to nie jest, nawet posiadając stosowne powody do jego wyrobienia.

Aby uzyskać drugi paszport musimy złożyć wniosek w Departamencie Spraw Obywatelskich Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji ( nie jest to żaden formularz, a zwykłe pismo ze szczegółowym uzasadnieniem). Decyzję podejmuje dyrektor  Departamentu w imieniu Ministra.Gdy odpowiedź jest pozytywna składamy drugi wniosek, o wyrobienie paszportu. Jeśli dostaniemy negatywną odpowiedź możemy odwoływać się w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym.

Sytuacje, w których chcemy ubiegać się o drugi paszport muszą być szczególnie uzasadnione :

  1. względami ochrony życia i zdrowia tej osoby;
  2. poważnymi trudnościami w prowadzeniu przez nią działalności humanitarnej;
  3. posiadaniem w paszporcie wiz lub pieczęci potwierdzających przekraczanie granicy państw lub pobytu na ich terytorium, co uniemożliwienia lub znacznie utrudnia wjazd na terytorium innego państwa;
  4. względami bezpieczeństwa państwa
    (Ustawa o dokumentach paszportowych z dnia 13.07.2006 r. Dz. U. Nr 143, poz. 1027 stanowi art. 22) 
  My, jako podróżnicy interesujemy się punktem 3. Mówiąc nadal o Izraelu, strażnicy graniczni wiedzą dobrze o trudnościach z dostaniem się do państw nie mających z nim dyplomatycznych stosunków więc niektórzy z nich dają  pieczątkę  na osobnym blankiecie. Jest to pewne ułatwienie sytuacji ale to wcale nie jest „coś pewnego”. Co jeśli planujemy podróż paromiesięczną, zbieraliśmy na nią 2 lata i tak się składa, że Izrael jest na początku trasy? Wjeżdżamy, prosimy o pieczątkę w innym miejscu niż paszport i dostajemy odmowę. Jest to ryzykowna sytuacja, dla niektórych może i zbyt. Sami mieliśmy zaryzykować w tym roku, gdyż dzwoniąc do Departamentu po rozmowie dostaliśmy cynk, że ubiegać się o paszport możemy ale praktycznie nikt go nie dostaje, chyba, że jedzie na akcję humanitarna lub dyplomatyczną. Rozmawiający z nami Pan szczerze powiedział, że składanie wniosku to „strata czasu”. Niestety nie sprawdziliśmy na własnej skórze czy  brak pieczątki w paszporcie można łatwo załatwić, bo nie dostaliśmy ostatecznie wizy do Libii.
My wniosku nie składaliśmy ale ekipa Routes of the World to zrobiła. Powiedzieli nam, że napisali paro stronicowe „wypracowanie”. Mega szczegółowe, odpicowane, same konkrety. Swoje powody wyłożyli „kawa na ławę”, więc byli niemal pewni, że paszporty będą mogli wyrobić. A tu niespodzianka, w odpowiedzi dostali 5 stron A4 nie na temat, a w ostateczności, że nie są oni dyplomatami więc paszport im nie przysługuje. Oczywiście nie piszemy Wam o tej sytuacji aby Was zniechęcać, chcemy jedynie pokazać jak to wygląda w praktyce.
Ten post nie jest kolejnym z serii „pamiętników z wakacji” ale co jakiś czas będziemy pisać Wam praktyczne informacje na temat wyjazdów. W końcu co jak co, podróżnicy powinni sobie nawzajem pomagać :)

Olympos i droga do Antalyi

  Rano chwilę jeszcze skorzystaliśmy z internetu, wypiliśmy darmową herbatę (na prawie każdej stacji jest dystrybutor z herbatą) i ruszyliśmy na Olympos.
Droga wiedzie w głównie skalistym wybrzeżem i nie sposób jest nie zatrzymać się choć na chwilę by popodziwiać piękne, dzikie plaże. Na zdjęciu może niedokońca dzika i pusta ale potem już nie było jak zatrzymać się na zrobienie zdjęcia.

Na żadnej nie było prysznica, więc zatrzymaliśmy się dopiero na kąpiel na miejskiej plaży ( o dziwo zupełnie pustej).



A po drodze spotkaliśmy żółwia samobójcę:

Był plan aby go zabrać ze sobą by jeździł z nami, na dachu :)

Olympos jest położony między górami, w lesie, tuż przy samym morzu. Bardzo popularne są tutaj drewniane domki, nie mam pojęcia czemu. Wszędzie możemy znaleźć tabliczki „TREE HOUSES”, restauracje i bary również są z drewna i część z nich zbudowana jest na drzewach.

Znowu nasze lenistwo wygrało i zaparkowaliśmy przy samym wejściu do Olymposa, płacąc przy tym za parking 4 TL. Przyjechaliśmy niedługo przed zamknięciem i w momencie gdy podchodziliśmy do kasy by kupić bilety – 5TL (za dużo byłoby kombinowania z darmowym wejściem) zamknięto nam bramę przed nosem. Zapytaliśmy czy już zamknięte, na to Pan miło odpowiedział, że spokojnie jeszcze można wchodzić i otworzył nam inną bramę nie pytając nawet o bilety. Stwierdziliśmy wtedy, że to przeznaczenie i po prostu dane nam jest zwiedzać za darmo :)

Tak jak już pisałam, Olympos znajduje się w lesie i jest rozdzielony rzeką wpływającą do morza. Żeby zobaczyć np. ruiny świątyni czy mozaiki trzeba wejść w głąb gaju.

Kończymy wycieczkę po starożytnym mieście na plaży, gdzie wszyscy odpoczywają po zwiedzaniu i kąpią się w morzu.

Olympos może nie robi oszałamiającego wrażenia, jednak jeśli jesteście w okolicy warto zrobić pare km ekstra i zobaczyć to miejsce, które z okolicznymi drewnianymi knajpkami tworzy fajny klimat.
Do Antalyi zajechaliśmy już wieczorem, więc nie za wiele zobaczyliśmy. Oślepiały nas jedynie neony z nadmorskich klubów i hoteli- w końcu Antalya to bardzo turystyczne miasto. Umieraliśmy z głodu, marketu żadnego więc ostatecznie wylądowaliśmy w ulicznej knajpie. Darek zamówił 2 durumy i usiedliśmy. Byliśmy jedynymi goścmi, tak więc wszyscy zlecieli się by nam dogadzać i porozmawiać. Ciągle podchodzili i proponowali nam co rusz nowe rzeczy. My jednak byliśmy nieugięci i zostaliśmy przy wodzie i herbacie. Najpierw dostaliśmy dwa talerze warzyw, później doszedł durum z papryka, chlebem, ostrymi papryczkami i cebulą. Napchaliśmy się konkretnie, jednak cena, którą zaproponowała nam najmłodsza pracownica (jedyna rozmawiająca po angielsku) pokazała nam cene 20 ERO- chyba chodziło jej o ta europejską walutę ale i tak próbowaliśmy wcisnąć jej 20 TL, jednak gotujący nam kucharz się nie zgodził i stanęło na 30. Najedliśmy się, jednak prawie 100 zł? Trzeba uważać na miejsca, gdzie nie wiszą ceny, bo nie zawsze jest tak łatwo się potargować.
Wyjeżdżając z Antalyi trafiliśmy na szereg tanich stacji benzynowych. Zrobiliśmy więc full tankowanie, na którym zaoszczędziliśmy ok. 50 zł- a dla nas każa złotówka się liczy. Rano wyruszyliśmy do Alanyi.

A na upał…Sugar Beach

   Z noclegiem w Fethiye mieliśmy trochę problem. Nie było gdzie zaparkować na żadnej stacji, a w mieście nie mogliśmy znaleźć spokojnego miejsca bez tłumu turystów. W końcu wylądowaliśmy pod apteką. Spać to za bardzo nie pospaliśmy, bo  nie pozwolił nam na to pobliski meczet. W dodatku obudził nas… straszny upał. W samochodzie nie dało się oddychać, a otwarcie drzwi na oścież też niewiele pomogło. Tak bardzo nam się nic nie chciało. Nie mieliśmy siły na nic- oprócz śniadania. Po zjedzeniu kanapek wyruszyliśmy w poszukiwaniu grobowców skalnych. A są one tu:

dodaję zdjęcie przybliżone, bo z oddalonego nic nie było widać

   Grobowce zostały stworzone w VI-V w p.n.e. przez mieszkańców istniejącego wtedy miasta Telmessos spuszczając się z góry na linie i kując w skale. Jeśli będziecie w Fethiye warto  je zobaczyć, a jeszcze bardziej warto zrobić to za darmo. Przed największym grobowcem (Amyntasa) stoi budka, w której miła Pani zabiera od każdego 5 TL. Idąc wzdłuż murku w lewą stronę (jeśli stoimy twarzą do tego grobowca) znajdziemy nagle jego brak. Spokojnie można tamtędy przejść zwiedzając zarówno te mniejsze jak i większe miejsca pochówku. Wszystkie bramy mają dziury- wyniesiono z nich ciała tam spoczywających, tym samym tworząc nowe miejsce na organizowanie  imprez.

już myśleliśmy, że udało nam się odnaleźć starożytną kość, która niestety okazała się zwykłym patykiem…

panorama Fethiye

   Po zaliczeniu grobowców wyruszyliśmy do Ölüdeniz. Kolejne miejsce żyjące dzięki turystom chętnie wydającym tam pieniądze. Od razu pojechaliśmy w stronę słynnej plaży i tu uwaga: Pierwszy wjazd na plażę jest płatny (20 TL za samochód). Niech piesi turyści się nie cieszą, też muszą zapłacić- nie spojrzeliśmy jednak ile kosztuje dla nich  bilet. Tą bramę omijamy i jedziemy ulicą wzdłuż wybrzeża i wjeżdżamy w bramę z napisem :FREE ENTRANCE, SUGAR BEACH. Miejsce bardzo ładnie zagospodarowane: czekają na nas wielkie poduchy, hamaki, leżaki, krzesełka ze stolikami, boisko do siatkówki,nawet stół do pin ponga oraz oczywiście beach bar.  Po drodze na plażę zobaczyliśmy o to taki plakat:

Bardzo fajna inicjatywa, trzymamy kciuki za chłopaków:)
Przy brzegu jest też wypożyczalnia rowerów wodnych i kajaków ( 2 os. 15 TL /godz). Do naszej płatnej plaży stąd jest na prawdę blisko, tak więc wypożyczenie takiego kajaka we dwójkę już bardziej się opłaca.       Jednak najlepiej wybrać materac jako środek transportu. Trochę nogami popracujemy ale zaoszczędzimy tym sposobem chociażby na zimne piwka w barze.

  Nasz rejs trochę zajął ( lenie z nas) ale w końcu po „zacumowaniu” wyszliśmy na ląd zrobić mały research.  Plaże mamy po obu stronach cypla, jednak są tam… po prostu tłumy (których na zdj nie widać).Ciężko było przejść, więc każdy po drodze dostawał od nas materacem.
 Faktycznie miejsce jest urokliwe i woda turkusowa, jednak bardziej docenilibyśmy ten fakt gdyby wygonić stamtąd chociaż połowę  ludzi.

Niebo bezchmurne ale pełne latających turystów. W Oludeniz można bowiem pooglądać widoki z paralotni. Patrząc na zdjęcia robione z góry myślę, że to miejsce robi większe wrażenie z lotu ptaka.Jednak nie marudzimy, bardzo nam się podobało- w końcu mieliśmy chwile na odpoczynek.

  Naszym kolejnym celem jest miasto Olympos, do którego znając nas również wkradniemy się za darmo. To chyba stanie się naszą tradycja :)
Teraz zatrzymaliśmy się na shellu i po zjedzeniu kolacji (kanapki z usmażonym kurczakiem i pomidorem) postanowiliśmy tu zostać. W końcu mamy internet a film musi się ściągnąć.

A na koniec maluch, którego spotkaliśmy w Fethiye :)